27 stycznia 2018 mieliśmy okazję przenieść się do malowniczej Wenecji.

Wieczór rozpoczęliśmy od rozdania ręcznie dekorowanych masek weneckich i przedstawieniem artysty – Mirosława Orzechowskiego gościom.

Kwartet smyczkowy – Gentle Quartet – zagrał włoską i dworską muzykę, dzięki czemu w trakcie oglądania pasteli poczuliśmy się jak w Wenecji. Zwieńczeniem koncertu kwartetu był pokaz tańca towarzyskiego i nauka menueta – najlepsze pary zostały nagrodzone.

Po uroczystej kolacji scenę zajął zespół MBCoverband, który towarzyszył nam aż do zakończenia balu.

Dziękujemy wszystkim za liczne przybycie i wspaniałą atmosferę.

Mirosław Orzechowski – z wykształcenia filozof; poza tym: malarz, rysownik, twórca teatralny, dramaturg, poeta, pedagog, po ukończeniu sześćdziesiątego roku życia zaczął śpiewać w chórze; miał również epizody: uniwersytecki, ogrodniczy, hutniczy, pocztowy, pasterski, biurowy i kilka innych. Założyciel Lekkiego Teatru Przenośnego (1998) i Konfraterni Miłośników Zacnej Sztuki Scenicznej (2015) przewodnik artystyczny, reżyser, scenarzysta, scenograf i organizator.

Mirosław Orzechowski o Wenecji:

„Wenecja jest czymś takim jak skansen, lunapark i odpustowy jarmark. Wydeptana do granic możliwości atrakcja. Hałaśliwa i niezbyt elegancka. W niektórych miejscach widać wręcz prowizorkę rozwiązań. Jakby tutejsi mieli głębokie przekonanie, że wszystko i tak skończy się katastrofą,więc rozwiązania doraźne są najzupełniej wystarczające. Ludzie odwiedzający oglądają to miasto tylko pobieżnie. Mają dwa dni, może tydzień, więc przebiegają przez ulice pełne sklepików z maskami i pamiątkami „made in China”. Nawet spytałem jednego ze sprzedawców, czy „China” leży gdzieś w okolicy, czy może jest to któraś z dzielnic, ale popatrzył na mnie bez zrozumienia, więc nie drążyłem tematu.

Wyobraziłem sobie ciszę w Wenecji – rzecz dzisiaj chyba nieosiągalna o żadnej porze dnia i nocy, ale mnie nie brakuje wyobraźni, więc sobie wyobraziłem. Wyobraziłem sobie samych mieszkańców, tych mieszkańców, których w tym tłumie w ogóle nie widać. Znikły aparaty fotograficzne, sprzęt, który każdy turysta ma stale przy sobie, którym uwiecznia, uwiecznia i uwiecznia. Co uwiecznia? No właśnie. Przede wszystkim siebie. Mosty najeżone są drążkami zakończonymi telefonami zaopatrzonymi w aparat. Ja na Rialto, ja na placu św. Marka, ja w gondoli, ja tu, ja tam, ja jeszcze gdzie indziej. Ja krzyczę, ja piję piwo (niemieckie, duńskie). Ale wyobraziłem sobie ciszę, a w ciszy chlupała woda pod bramą, słychać było pojedyncze kroki i rozmowy. Czuć było stęchlizną, widać było sypiące się mury. Już nie „made in China” ale spiętrzona przez wieki narośl na wyspie. Żyjąca własnym życiem i czasem jakby przeciw nam. I taką Wenecję starałem się namalować.”